
Ten pierwszy raz... 
Wstęp
Był piękny wrześniowy dzień, kiedy to po premierze REOF2 w Europie postanowiłem nabyć kolejną część do mojej kolekcji, kolejną, która jak miałem nadzieję, jak to z prawie każdą częścią RE bywa przyniesie setki przegranych godzin, niesamowitych wrażeń i wspomnień na długie lata. Na ile okazało się to prawdą ? Zapraszam do dalszej lektury.
Coś jest nie tak... Po powrocie ze świeżutkim, oczywiście pięknie zafoliowanym REOF2 do domu pora na Residentową ucztę. Wkładam płytkę, odpalam, moim oczom ukazuje się takie sobie intro, by potem wybrać opcję Single Player, postać (oczywiście Kevin, jako flagowa postać REO), uruchomić grę i stwierdzić "nie..., w to nie da się grać". Szybciutko OPCJE >>> CONTROLLER SETTINGS i co widzę? Sześć zdefiniowanych profili sterowania, gdzie w każdym biegać trzeba kółkiem, a status screen włączać startem. Dla mnie, przyzwyczajonego do GCN - owskiego Wave Birda była to istna katorga - na próżno bowiem szukać możliwości manualnej zmiany sterowania... Drugim wielkim mankamentem był zupełnie inny niż w pozostałych częściach system kamery, co w dużej mierze przekłada się na sterowanie - odpalając grę po prostu bieganie sprawiało mi kłopoty, nie mówiąc już o płynnym wchodzeniu w zakręty czy po prostu zwykłym slalomie pomiędzy przeszkodami... Na dworze zrobiło się ciemno, ja siedzę przy komputerze, czytam newsy, kiedy w pewnym momencie przypominam sobie, że przecież na półce leży nowa część RE, której nawet jeszcze na dobre nie rozpocząłem. Postanowiłem podejść od strony treningu, pierwszego "scenariusza", jaki ukazuje się naszym oczom po odpaleniu gry. Oczywiście jak to w treningach bywa, (powinienem raczej rzec jak to w grach w których "sterowanie odstrasza") po ujrzeniu po raz kolejny i kolejny "task completed" na twarzy pojawia się "banan" z nadzieją na długie i miodne granie. W tym wypadku jednak tak nie było... Po ukończeniu Training Ground i kilkugodzinnej przygodzie na ulicach Raccoon, która polegała głównie na krążeniu i szukaniu "sensu dalszego istnienia" gra trafiła na półkę, a moja dusza zajęta była czym innym.  Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło
Po jakże niczym z horroru wyjętych zmaganiach z nową, "dziwną" i zupełnie inną częścią nadeszło oświecenie. Przecież ta część stworzona jest na potrzeby sieciowe, masz Internet, PS2 z wbudowanym Network Adapterem więc co ty tu jeszcze robisz?! Nie wiem czemu, być może z nadmiaru pracy i obowiązków przez pierwszych kilka dni o rozgrywce online nawet nie pomyślałem. Przyczyniły się do tego zapewne również opinie "znawców' na różnych forach, że potrzebny jest NAD, tudzież po moich późniejszych problemach problemach z DNAS- em pojawiły się jeszcze inne rozważania, które naturalnie jak to z reguły bywa nie pomogły. Jako, że jestem typem człowieka, który nie uwierzy dopóki nie spróbuje pomknąłem po crossowany kabel, podpiąłem bezpośrednio modem z konsolą, auto config, chwila napięcia i moim oczom ukazuje się strona na której mam utworzyć konto. Nie potrafię opisać jak wtedy byłem szczęśliwy. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru... Dziś na liczniku kilkaset godzin, end of points (999 999 999) i ponad półtorej roku przegrane z jednym magicznym z tytułem Resident Evil Outbreak File 2... Jak to się stało ? Zapraszam do dalszej lektury. 
Zagubiony w ...labolatoriach Umbrelli
Kończąc przyjemną i dosyć łatwą rejestrację przeszedłem do panelu logowania, wpisałem login, hasło i kliknąłem w jakże jeszcze tajemniczo brzmiący napis "Entry". Po chwili wchodzę, patrzę a tam ...drzwi i jak to zawsze na początku grania w daną część bywa nie wiadomo w które wejść. Jakież było moje zdziwienie i niesamowite ucieszenie, kiedy po wejściu w te ostatnie po chwili ujrzałem zupełnie nieznany mi scenariusz a do tego laboratoria Umbrellii. Naturalnie nie grając wcześniej jak samotny Samarytanin błądziłem tu i ówdzie, by po chwili odnaleźć resztę towarzyszy i podążać za nimi. Lokacje pełne rozwścieczonych, dobijających się co chwilę do drzwi hunterów postawiły mi głosy na głowie i pokazały tylko jedno - stary dobry Resident Evil... Jednak to co pokazało zakończenie przyniosło łzy w oczach - tego się nie da opisać i zrozumieć - miłość do serii RE, wcale nie mniejsza i gorsza od tej jakiś wyrażamy ludziom. Żadna gra, żadne zakończenie w takowej nie przyniosło mi tyle wrażeń co REOF2 i End of the Road właśnie. Niebezpieczeństwo, nogi w kolanach zginają się ze strachu wynikającym z przebywania w opuszczonych laboratoriach nocą, a jedyni ich mieszkańcy to Huntery. Do tego pogrążająca muzyka co chwilę przypominająca o samotności w owych laboratoriach, przytłaczające swoim klimatem lokacje nie raz przypomną nam stare, dobre Residenty.  W dodatku te kamery... Teraz troszkę o samym systemie kamery. W REOF2 jest ona bowiem totalnie "zakombinowana", o co chodzi i czy te kombinacje geniuszom z CAPCOM - u wyszły na dobre, zapraszam do dalszej lektury. Jak już na samym początku napisałem sterowanie (które jest też utrudnione przez ten "dziwny" system kamery właśnie) należy do najtrudniejszych i najcięższych do opanowania spośród tych które znamy z pozostałych części RE. Co takiego narozrabiali panowie z CAPCOM - u? Największym ich grzechem jest zbyt rzadka zmiana widoku, niekiedy np. musimy omijać zombiaki kompletnie na oślep, bo z odległości "kilkunastu, w niektórych nawet wypadkach kilkudziesięciu metrów" niewiele widać, a obiekty takie jak nasza postać czy przeciwnicy są tak małe, że nie możemy ustalić bezpiecznej do ominięcia odległości. Kolejną katorgą jest to, że w wielu sytuacjach trzeba strzelać na oślep i marnować jakże cenną amunicję, co na poziomie VERY HARD może to skończyć się dangerem, a w sytuacji gdy jesteśmy sami i nie mamy więcej amunicji ani medykamentów nawet śmiercią (o trybie Nightmare nawet nie wspomnę). Wybiegając z korytarza nie widzimy w którym miejscu stoi zombiak, czy odpoczywa pająk i biegnąc na oślep niemalże nie mamy szans uniknąć jego mocnego ugryzienia. Mamy co prawda auto - namierzanie, ale to można by ironicznie rzec "przez ściany razem z kulami nie przenika) i nasze szanse na dobry play maleją z każdą taką sytuacją, a jest ich bardzo wiele i to w każdym scenariuszu. Kolejnym bardzo wielkim mankamentem jest zmiana kamery w najmniej spodziewanych i niepotrzebnych momentach. Ile to razy "knifowało" się czy "kickowało" np. NYX - a, głównego bossa w scenariuszu EOTR nie widząc kompletnie swojej postaci, czułego punktu przeciwnika w którego to trzeba nieraz półtorej godziny kopać i który co jakiś czas się zamyka, by poczęstować nas kolejną porcją wypluwanych "glutów", co natomiast zwiększa błyskawicznie nam poziom zarażenia i zanim się obejrzymy możemy się zamienić w zombie... Jakieś plusy wynikające z tak nie do końca przemyślanego systemu kamery? Oczywiście. Na dzień dzisiejszy, po przegranych już kilkuset godzinach, mogę śmiało stwierdzić, że nie ma mnie dla rzeczy niemożliwych, jeżeli chodzi bynajmniej o trafne strzelanie do celu nie widząc go, omijanie przeciwników widząc ich z "lotu ptaka", czy w końcu zabijanie bossów tłukąc niemiłosiernie w pada przez kilka godzin, gdzie nazajutrz ręka boli do tego stopnia, że nie da się nią nic robić, a gry ma się dosyć. cdn... Autor: Capcom |